Pierwsze kroki w nowej branży…

(11)m-001Żeby w życiu nie było mi zbyt nudno…
Pierwszy dzionek w pracy i zastanawiam
się jak długo jeszcze wytrzymam zanim zgłoszę do firmy, że ja i specyficzna pani B. to niekoniecznie zgrany duet…
Pani należy do tych, którzy chorują na katar, a ponieważ panicznie boi się, że się udusi, miałam dzisiaj pierwszą jazdę bez trzymanki. Już wiem co znaczy, że pani jest specyficzna…

Dowiedziałam się dzisiaj, że nie tak podlewam jej cudowny ogród. W ogóle co robię
to z założenia jest źle. Maskę zakładam pani dobrze kiedy akurat ma gute Laune,
kiedy przestaje pani cokolwiek pasować, wiecznie coś jest nie tak, a to paski zwinięte,
a to boleśnie założone, tu ją drapnęłam, tam dziabnęłam…
Kiedyś jej przez przypadek oko wydłubię, żeby poczuła co znaczy dziabnąć…

Dowiedziałam się również, że do domu mogę dzwonić jak mam przerwę,
od 8.00 do 10.00!! Tego mi było za wiele! Z „mojej przerwy” przy dobrej organizacji zostaje mi 45 minut, poza tym o tej porze nikogo nie ma w domu…
Pani twierdzi, że to nie jej problem, a poza tymi godzinami ja jestem w pracy…
Reszta przerwy na zakupy, zwykle nie spełniające babci oczekiwań, bo płatki owsiane nie BIO, a jogurt jak BIO to nie kozi.

Wtorek
Dzisiaj śniadała tylko babcia E., bo ja zajęłam się usługiwaniem. Obiadu też nie jadłam.
We wtorki od 10.00 do 18.00 mam wolne, to chyba mi się nie należało, ale nasz ZbyHa mawiał, że z głodu jeszcze nikogo nie rozerwało…
Pewnego dnia babcia zażyczyła sobie na podwieczorek nektarynkę i banana. Kiedy mam przygotować również coś dla siebie, babcia to zaznacza. Nektarynki nie obrałam ze skórki, więc babcia mówi „wyrzucić i zrobić nową porcję”. Mówię, że może zjem tę nie obraną
a babci obiorę, na co babcia odparła, że ja już zjadłam dwie sztuki.
Woda kranówa, więc można pić ile dusza zapragnie. Chyba. W sumie to nawet nie zastanawiałam się nad tym dlaczego o wodę babcia nie każe pytać. Można się napić do woli i jak się kąpiesz to babcia nie sprawdza ile wody zużyjesz, reszta reglamentowana.

15.06.2014, niedziela
U mnie niedziela, nie niedziela, pobudka jak zwykle skoro świt.
Wczoraj po południu babcia zażyczyła sobie, że będę chodziła w masce na twarzy. Może żeby nie zjadły jej moje bakterie, wirusy, etc., a może po prostu nie może patrzeć na moją twarz…
Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, więc rano babcię ogarnęłam w masce, po czym ją zdjęłam. Babcia stwierdziła, że jestem przeziębiona i żebym założyła maskę, ale nie skorzystałam z propozycji. Po kilku minutach babcia zatroskana zaproponowała
mi aspirynę, bo ona widzi po oczach, że jestem przeziębiona…
Może gdyby babcia dała pospać od 22.00 czy przynajmniej do siódmej, „przeziębienie” minęłoby jak ręką odjął…

Wracając do babci…, chociaż bardzo niechętnie. Otóż, stwierdziła zanim wyruszyłam
w drogę powrotną, że być może będę musiała do niej przyjechać. Mówię, że przecież nie chce mnie już widzieć, a babcia na to, że jak wróci z urlopu i nie znajdzie nikogo to ja będę musiała do niej wrócić… Ona się chyba z kimś na rozumy pomieniała, albo Bóg ją opuścił…
Nigdy więcej droga pani B…, nigdy więcej…

Najchętniej zamknęłaby oczy i zapadła w głęboki sen…
Pierwsze co zrobię kiedy wrócę do domciu, to zasnę, na długo…

Reklamy
Opublikowano Aby do emerytury..., Praca, český film | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wścibstwo przez duże wu.

DSCN3036-1
Drodzy Państwo, po powrocie z saksów dość często spotykam się z pytaniem
„Ile mam tam na rękę”! Kiedy jednej pani odpowiedziałam, że najniższą krajową
i podałam stawkę godzinową (brutto),
pani poprosiła, żeby jej powiedzieć ile mam „na miesiąc, na rękę” bo „przecież nie będzie liczyła”!

 

Ludzie, litości! Czy naprawdę Wam nie wstyd i czy komuś od tych informacji przybędzie?

Zauważyłam też, że dla większości nie liczy się to, że ja jestem tam, rodzina tu
(z takich czy innych powodów), że mojemu studiującemu dziecku nie należy się
(w naszym kraju) zasiłek rodzinny, gdyż „nie ma stwierdzonego stopnia niepełnosprawności”, że momentalnie z chwilą wyjazdu dzieci tracą zasiłek alimentacyjny, żeby się czasem człowiekowi we łbie nie przewróciło!! Widzą tylko, że zarobek większy!
Czy naprawdę macie tak zawężone horyzonty, że liczy się tylko to ile kto skąd przywozi?
Na miłość boską! Spakujcie walizy i s’il vous plaît ! Granice mamy pootwierane, więc proszę zakasać rękawy i w drogę! Nie będziecie musieli liczyć czyjegoś „majątku”, a i będziecie mogli na własnej skórze odczuć koszty (również emocjonalne) takich wyjazdów,
a te są bardzo bolesne!

Opublikowano Wkrótce... | 2 Komentarze

Pozbądź się złudzeń…

DdWróciłam do ojczyzny, miesiąc „przesiedziałam” bez pracy i postanowiłam dać znać Agencji Pracy A.P., która to kilka miesięcy temu miała „dla mnie” gotową umowę, że jestem gotowa na współpracę. Odzew był błyskawiczny, więc przedyskutowałyśmy szczegóły, zaliczyłam lekarza Medycyny Pracy, szkolenie BHP,
po czym otrzymałam informację od miłej pani z agencji, że mogę zgłosić się po odzież ochronną a jutro do pracy. Pojechałam również błyskawicznie i zostałam mile zaskoczona. Pan wręczył mi spodnie, bluzę, koszulkę, obuwie, gumowce, fartuch, kluczyk do szafki i kłódkę. Ło matko, zainwestowali w pracownika,
więc musi być dobrze. Nawet nie trzeba tego nosić codziennie do domu, bo wszyscy mają szafki, poza tym praniem odzieży zajmuje się firma. Przychodzisz do pracy i w szafce,
do tego przeznaczonej masz raz w tygodniu świeżą odzież. Pakuję do szafki to co otrzymałam i dyskutuję z panią przygotowującą się do pracy. Dowiaduję się, że pracujemy 4 dni i mamy dzień wolnego. Troszkę jestem zaskoczona, bo dwa dni temu pani z agencji poinformowała mnie, że pracujemy 2 dni, po czym mamy dzień wolnego, ale nowa koleżanka zapewnia mnie, że jak ją przyjmowano, to również otrzymała błędne informacje. Skąd to się wzięło? A, no z umowy, która przyszła do mnie pocztą i wg której jestem zatrudniona na pół etatu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to że pracuję cały etat
a nadgodzin w żaden sposób „nie wypracowuję”, chociaż według wszelkich praw matematyki już po ośmiu godzinach pracy pierwszego dnia powinnam mieć 4 nadgodziny! Po tygodniu poinformowałam majstra, że nie godzę się pracować na tych zasadach
i rezygnuję. Był zaskoczony, stwierdził, że dobrze pracuję, daję sobie radę i takie tam. Cieszę się, że po raz kolejny zauważono mój wkład w pracę, ale co mi z tego?
Mam satysfakcję, ok., ale dzieci nią nie wykarmię!
W polskich zakładach potrzeba taniej siły roboczej, która czym mniej myśli tym lepsza,
bo od myślenia i czerpania z tego co ciężko wypracujesz są inni, Ty rób i nie podskakuj,bo na Twoje miejsce są inni.
Po raz kolejny wyruszyłam na Zachód gdzie nie ograbia się człowieka z tego co mu się należy, gdzie Agencje Pracy są po to, by Ci pomóc gdy tego potrzebujesz. To A.P. zapewnia mi tutaj dach nad głową i dokłada mi do wynajmu. Jasne, że nie robi tego ze swoich,
ale to co robią z nami agencje polskie nijak ma się do tych niemieckich, bo w Niemczech „Ordnung muss sein” a w Polsce niekoniecznie! Ot, cała filozofia.

Opublikowano Aby do emerytury..., Jak nie kijem go, to pałą..., Jak nie wiadomo o co chodzi..., Praca, Umowa o pracę..., po polsku..., český film | Dodaj komentarz

Matematyka dla wtajemniczonych…

umowamal

 

Jasio otrzymał umowę na pół etatu,
wg której obowiązywał go w tygodniu dwudziestogodzinny czas pracy,
jednak przepracowywał w tym okresie 40 godzin.
Ile nadgodzin w tygodniu wypracowywał sobie Jasiu?
Oblicz i uzasadnij swoją odpowiedź 🙂

Opublikowano Aby do emerytury..., Jak nie kijem go, to pałą..., Jak nie wiadomo o co chodzi..., Praca, Umowa o pracę..., po polsku..., český film | 2 Komentarze

UFOludy i inne dziwadła…

flogmWszystko co dobre szybko się kończy,
więc ani się obejrzałam a 4 tygodnie zleciały nie wiedzieć kiedy. Zostały jeszcze tylko dwa, które zlecą jeszcze szybciej.
Pytam koordynatora o możliwość przedłużenia umowy i okazuje się,
że jak najbardziej, do… 20.XII, później możemy zaczynać od 7 stycznia.
Proszę o przedłużenie do  końca listopada, przyjechałam w końcu na rekonesans
(moi bliscy są w kraju, niestety, bo gdyby byli ze mną to nie targowałabym się o wcześniejszy zjazd do Polski, mało tego, starałabym się zostać tam jak najdłużej, o ile nie na zawsze, ale co się odwlecze…).
Pod koniec października podpisujemy aneks do umowy i dalej cieszymy się pracą a przede wszystkim ludzkim traktowaniem.
Pojawia się mały minus związany z mieszkaniem a w zasadzie z mieszkańcami, bo nigdy nie wiadomo z kim przyjdzie ci zamieszkać i kiedy Joanna opowiadała mi o przeróżnych dziwolągach z jakimi przychodziło jej dzielić lokum, troszkę nie chciało mi się wierzyć w te jej historie. W październiku przyszło mi poznać jednego UFOluda i dalej nie dawałam wiary
w to, czego stałam się naocznym świadkiem.
Zastanawiałam się jak ktoś nie ogarniający języka ojczystego poznaje język obcy, bo Iwonka zapewniała nas, że zna niemiecki. Rozkładała nas na łopatki swoim obyciem a raczej jego brakiem. Po dwóch tygodniach straciła robotę, bo ani robiła, ani gadała (mnie się wydaje,
że ona raczej ogólnie nie kontaktowała i miałam wrażenie, że jest z … innego świata).
Wydawać by się mogło, że gorzej być już nie może. Otóż, uwierzcie mi, że może…
W połowie listopada dziękowałam Bogu, że jeszcze tylko 2 tygodnie zostały mi do wyjazdu, bo przyjechała różowa inteligentka po czterdziestce, z medycznej rodziny, wielkimi ambicjami i na „dzień dobry” nie spodobał jej się mój dochód netto(!). Było to pierwsze pytanie jakie padło z jej ust. Później okazało się, że nie tylko mój dochód jej się nie spodobał, ale i miejsce w jakie przybyła, brak suszarki do włosów w łazience (a powinna być!) i wiele, wiele innych rzeczy. W zasadzie to nie było chyba nic z czego Różowa Dama byłaby zadowolona. To, że nie wróciła do domu „tym samym” tłumaczę chęcią pastwienia się nad nami, biednymi sierotami, które przez 2 miesiące żyły w błogiej nieświadomości
a tym samym w świętym spokoju.
Pewnego razu Różowa Pani zrobiła nam pyskaty wykład, że mamy zgasić światło,
bo jest po 23.00, a jak nam się nie podoba, to możemy sobie wynająć prywatną kwaterę…
Dowiedziałyśmy się również z koleżanką, że zadajemy zbyt dużo pytań, co wprawiło nas
w osłupienie, bo przez 2 miesiące nie zadałyśmy z Joanną (zusammen do kupy) tyle pytań, ile koleżanka zadała przez 2 dni swojego pobytu czego nie przemilczałam.

Dziewczyny, które zostały nie mają łatwego życia, pozostaje im liczyć dzionki i mieć nadzieję, że gorzej już nie będzie…

Opublikowano Przez różowe okulary..., český film | 2 Komentarze

Inny świat, czyli umowa od zaraz…

(39)-1urPierwszy dzionek w robocie.
Idę do pracy i na przeciw wychodzi mi koordynator (pan z agencji pracy,
z którą byłam już związana jedną umową, tygodniową, bo polską), zaprasza do biura, wręcza obuwie, fartuch – dzisiaj jednorazowy, bo chwilowo nie posiadają
w moim rozmiarze, umowy, do poczytania „w domu” (na spokojnie), i ew. podpisania.

Wchodzę na halę produkcyjną i okazuje się, że nikomu tutaj nowa nie wadzi.
Cierpliwie pokazują ci twoje obowiązki, miejsca w które nie należy wkładać paluchów,
jak nie chcesz stracić ręki i w ogóle są jakoś tak dziwnie, bo życzliwie do ciebie nastawieni. Robota, jak robota, niewiele różni się od naszych rodzimych produkcji, za to stosunek
do tutejszego robola jest zdecydowanie inszy. To, że nie ograbia się go np. z ochronnej odzieży to jeszcze nie wszystko. Codziennie w kilku skrzyniach czekają na pracowników świeże, chrupiące bułeczki a 2 razy w tygodniu karton ze świeżymi owocami (jabłka, gruszki, mandarynki, banany, i in.) Powiem zupełnie szczerze, że na takie „gratisy”
nie liczyłam i trudno mi było uwierzyć, że nie jest to dostawa wyłącznie dla stałych pracowników (w Polsce nawet obuwie robocze, które gwarantuje nam ustawa z 2003r.
„nie należało” się pracownikom zatrudnionym przez agencję pracy. Jak widać, co kraj to obyczaj.

Kończę zmianę, pakuję do torby jednorazowy fartuch (na jutro) i słyszę, żeby go wyrzucić bo jutro wezmę nowy. Nie wierzę, oni nawet jednorazowe fartuchy mają jednorazowe. Świat oszalał, czy jak? Może ktoś powinien mnie uszczypnąć, bo to nie może być prawdą…
Skaleczony kartonem palec i cóż to, plaster w zasięgu wzroku, nie trzeba szukać majstra? Cóż to za dziwny kraj?

Kiedy stawiałam pierwsze kroki w tej firmie, pomyślałam, że wrócę do Polski, podpiszę umowę miesięczną, jaką proponowano mi na krótko przed wyjazdem i będę miała nową serię absurdów do swojego bloga, ale już wyleczyłam się z chęci do tej pracy i chociaż
z wyzyskiem nie godziłam się już wcześniej, to teraz odczułabym go ze zdwojoną siłą a boję się, że tego już „nie zniesę” 🙂

Oj zepsuły mnie te Niemcy, zepsuły do szpiku kości.

Opublikowano Praca, český film | 4 Komentarze

Za miedzą…

copPo perypetiach związanych z polskim pracodawstwem i wyzyskiem, jaki się za tym ciągnął (w moim i pewnikiem nie tylko
w moim przypadku), postanowiłam wyruszyć ku lepszemu, nie tylko wynagrodzeniu ale i traktowaniu.
Nie do końca wiedziałam co mnie czeka, wiedziałam natomiast, że nie trafi mnie nic gorszego, niż to co spotykało mnie ostatnio
w mojej ojczyźnie. Postanowiłam więc zaryzykować, zmontowałam CV, w języku obcym (z ogromnym wkładem translatora) i drogą szybką, elektroniczną, bez zbędnych czy niezbędnych korekt wysłałam w lepszy świat w myśl zasady, że co ma być to będzie.
Dwa dni czekałam na ten telefon. Uprzejma pani zapytała, czy pasuje mi zacząć za
2 tygodnie. Jasne, że mi pasuje.
Omówiłyśmy kilka szczegółów dotyczących zakwaterowania, warunków pracy i płacy
i wydawać by się to mogło za zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, a jednak… Pani wysłała mi wiadomość, z przekazanymi już informacjami, pocztą mailową i odtąd każda telefoniczna informacja była potwierdzana przez nas mailem, co powinno się praktykować w naszym kraju, może informacje nie byłyby za każdym razem coraz bardziej rozbieżne.
Jadę 2 dni wcześniej, żeby z busa nie iść prosto do pracy.
Podróż koszmarna, co wiąże się z moją chorobą lokomocyjną, ale warto było przejść i przez to, by na własnej skórze przekonać się, że człowiek może być traktowany jak człowiek,
a to czego doświadczyłam na miejscu przeszło moje najśmielsze oczekiwania, ale o tym
w kolejnej odsłonie 🙂

Zapraszam do wypowiedzi.

Opublikowano Aby do emerytury..., Praca | 2 Komentarze