Poirytowany, nie wiedzieć czemu…

(2)mByć może się czepiam, ale…

Rano udałam się do jednego ze sklepów sportowych w Nysie, celem wymiany spodenek, które zakupiłam wczoraj
a w domu zauważyłam mały mankament.
W sklepie, obsługujący mnie pan A., najpierw robi zwrot gotówki i podsuwa mi do podpisu formularz, że otrzymałam kasę.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że formularz był in blanco…
Mówię, że nie mogę tego podpisać, bo nie ma żadnych informacji prócz podpisu pana A. Sprzedawca dość mocno poirytowany, zabrał dokument, by uzupełnić, przy czym skomentował „chciałem, żeby było szybciej”.  A ja, że mnie się nie spieszy.

Nie wiem ile trwało wypełnianie formularza, ale z pewnością nie dłużej niż 3 minuty.

Reklamy
Opublikowano Jak nie wiadomo o co chodzi..., po polsku..., Przeczytaj zanim podpiszesz. | Dodaj komentarz

Ta głupia Polka

5m

Znalazłam nowe miejsce pracy
w Niemczech. Wcześniej pracowałam
trzy lata z krótkimi przerwami u starszego małżeństwa. Obydwoje zmarli
niestety w krótkim czasie po sobie.
Dobrzy, spokojni ludzie. Bardzo
przeżyłam ich śmierć i przez ponad pół roku nie mogłam zdecydować się
na nowy wyjazd.
Ale pewnego dnia zadzwoniła do mnie jakaś pani, która dostała mój numer od znajomych tej rodziny, gdzie kiedyś pracowałam. Ucieszyłam się, że ktoś mnie zapamiętał jako dobrą opiekunkę i polecił dalej. Otrząsnęłam się i postanowiłam przyjąć tę pracę. Oferta wydawała się normalna – pani całkiem na chodzie, zaawansowana osteoporoza,
zagrożnie upadkiem, cewnik. Pani – była nauczycielka, rozmowa przez
telefon bardzo sympatyczna. Tzw. dobry, kulturalny dom.
Niestety, to były tylko pozory.
Po tygodniu pobytu w tym domu czułam się jak ostatni śmieć
i po cichu w nocy spakowałam walizkę i uciekłam. Bez wynagrodzenia,
zapłakana, zaszczuta jak zwierzątko. Dobrze, że miałam pieniądze na
bilet!
Dlaczego?
Moje łóżko stało po prostu w piwnicy – ciemne, nieogrzewane
pomieszczenie bez okna (dom był duży, były inne miejsca).
Czułam się tak jak bohater jednej z głośnych książek dla młodzieży, Harry Potter,
z tym że nie miałam szansy uczyć się w szkole dla czarodziejów. Jedyne,
co mogłam, to poznać prawdziwą czarownicę”.
Moje wyżywienie – do targania siatek i gotowania według kaprysów
pani domu byłam dobra, ale do jedzenia tego, co przygotowałam,
już nie. Mogłam zjeść tylko to, co zostało na stole po śniadaniu, obiedzie
czy kolacji. A często nie zostawa!o nic, bo o zakresie zakupów
decydowa!a starsza pani. I na śniadanie była kupowana jedna bułka.
Zagadka retoryczna: ile bułek zostawało dla mnie po śniadaniu dla
starszej pani??? Kto lubi żywić się resztkami??? I absolutnie nie wolno
mi było jeść w kuchni czy pokoju dziennym – tylko w mojej komórce.
Nie zwracała się do mnie inaczej jak „Polin”. Nie miała dla mnie
imienia. Ot, tak po prostu, byłam biegającym po domu bezimiennym
robocikiem do wszystkiego.
Polin, trzeba wynieść śmieci.
Polin, zmień woreczek od cewnika.
Polin, podaj teraz kawę.
Polin, nie wychodź ze swojego pokoju (pokoju??? ha, ha, ha),
bo będą goście.
Polin, dlaczego jest mokro koło sedesu?
Polin, to prasowanie ma być dzisiaj skończone i nie obchodzi mnie,
o której wstałaś.
Polin, wydaje mi się, że coś tu brzydko pachnie, myłaś się dzisiaj?
Polin, tyle razy ci mówiłam, zasłonka ma być po lewej stronie.
Za kilka minut: Polin, czy ty jesteś głupia? Nie rozumiesz,
że zasłonka ma być po prawej stronie?
Polin, płacę ciężkie pieniądze za pracę, a nie za to, żebyś stała
bezczynnie.
Polin, jesteś chyba na tyle rozumna, że widzisz, że trzeba zmienić
pościel.
Polin, nie dotykaj książek, przecież i tak nic nie zrozumiesz.
Krzyk – „Polin, Polin!” – a ja leciałam biegiem z piętra na parter po to,
aby… podać mojej władczyni książkę, która leżała na wyciągnięcie jej
ręki.
Najmilsze s!owa, jakie usłyszałam w tym domu: – Polin, dzisiaj obiad
był nawet znośny.
I bez przerwy słyszałam, jak starsza pani wisi na telefonie
i komentuje mój wygląd zewnętrzny i to, co robię, przed koleżankami,
rodziną i sąsiadami.
Polin ma takie rzadkie, nieładne włosy.
Polin mogłaby się odchudzić.
Polin krzywo na mnie spojrzała.
Polin nie zna niemieckiej gramatyki (mam certyfikat Instytutu
Goethego C2).
Polin ma śmieszne buty.
Polin nic nie robi.
Polin do niczego się nie nadaje.
Polin patrzy na mnie bezczelnie.
Polin ma obwisłe cycki (dosłownie!).
Polin mnie dzisiaj zaskoczyła, wiedziała, jak się nazywa stolica
Niemiec.
Na początku byłam w takim szoku, że zastanawiałam, czy jej
zachowanie to są objawy choroby czy to po prostu taki charakter.
Starałam się nawiązać normalną rozzmowę, wytłumaczyć, że jestem
człowiekiem, mam na imię Anna i specyfika mojej pracy wymaga,
abyśmy żyli wspólnie pod jednym dachem. Myślałam, że ona się boi
obcej osoby, że może ma też początki demencji i dlatego tak się
zachowuje. To nie była jednak choroba. To był zły, podły charakter.
To było zachowanie człowieka, który czerpie radość z poniżania innych
i fobia wobec cudzoziemców z Polski. Współczuję jej byłym uczniom!
Kiedyś, po kilku miesiącach spotkałam w autokarze do Niemiec inną
opiekunkę, zgadałyśmy się w czasie długiej podróży, że ona też tam
pracowała. Nazwała mnie bohaterką. Ona uciekła po pięciu godzinach.

Tym razem pozwoliłam sobie na podzielenie się z Wami historią (jedną z wielu),
ze wstrząsającej książki „Wstydliwie przemilczana prawda o opiece nad osobami starszymi” M. Gomola, W. Tigges

Polecam szczególnie osobom, które za wszelką cen starają się wytrzymać! Być może zrozumieją, że nie warto, bo robią to kosztem swojego zdrowia, a życie mamy tylko jedno!

Opublikowano Aby do emerytury..., Praca | 2 Komentarze

W delegację, po polsku…

(1)faceW pogoni za normalnością, zmiana firmy, co niekoniecznie wyszło mi na dobre, bo okazuje się, że ściemnianie idzie naszym pracodawcom najlepiej na świecie…, ale i ja szybko się uczę… Tradycyjnie szybki wyjazd, umowa dotrze na miejsce pocztą, nie dopowiedziane to i owo, bo „czasu było mało”… Oczywiście nie zdążono przekazać mi tych informacji, na które „miało braknąć czasu”, inne zostały mi przekazane! Umowa dociera do mnie po trzech tygodniach pobytu… i okazuje się, że kilka kwestii bardzo mi się nie podoba, ale… pretensje mogę mieć jedynie do siebie, bo przecież nie do firmy, w której interesie jest, bym umowę na kontrakt otrzymała już w miejscu pracy. Część umowy odsyłam po powrocie z kontraktu. Pensję otrzymałam mocno spóźnioną, ale koordynator poinformował mnie, iż nie odesłałam kompletu dokumentów i wcale nie powinni mi przesyłać mojej pensji!! O tym, że na dobrą sprawę nie powinni mnie bez umowy wysłać na kontrakt jakoś niewygodnie było mu rozmawiać! Moja uwaga, nie wiedzieć czemu, dość mocno pana poirytowała… Zapewne myślał, że raczę im podziękować, iż zechcieli mi wysłać ciężko zarobione przeze mnie pieniądze, chociaż „nie mieli do tego żadnych podstaw”!! Jak widać można… Moja zmienniczka walczy o swoją pensję z lutego, która powinna zostać jej wypłacona do 15 marca!! Pan koordynator poinformował, że jeżeli ktoś wyjeżdża na koniec miesiąca, wypłatę za ten miesiąc otrzymuje z miesięcznym opóźnieniem, tj. po mojemu do 15 kwietnia!! Dzisiaj jest 22.IV… Może nie otrzymali od niej kompletu dokumentów…, a może po prostu taki mają kaprys…
O odprowadzanych składkach i związanych z nimi przekrętach, o obowiązkach oraz należnych przerwach nie chce mi się dzisiaj gadać, więc wspomnę o tym na dniach…

Opublikowano Aby do emerytury..., Jak nie kijem go, Jak nie wiadomo o co chodzi..., po polsku..., Praca, Umowa o pracę... | Dodaj komentarz

W ch…a cięcie, też zajęcie…

VaterstettenDojeżdżamy na miejsce, gdzie zostaję przyjęta zostałam przyjęta bardzo ciepło i serdecznie, ale okazało się, że pani koordynatorka rzeczywiście wiele przemilczała. No nic, dotarłam na miejsce i jakoś zniosłam telefoniczną szarpaninę z firmą, która mnie zatrudniła. Wiedziałam już, że jestem z nimi po raz drugi i ostatni. W takich przypadkach okazuje się często, że niemieckie rodziny niewiele wiedzą, na jakich pracujemy warunkach. Niemiecki koordynator zastanawiał się dlaczego nie ma chętnych na świąteczne wyjazdy do opieki w Niemczech, przecież mamy „bonusy”(!) Nie omieszkałam podyskutować z córką państwa X. na temat warunków, na jakich zatrudnia nas firma i ona również (po przeanalizowaniu mojej dokumentacji), od stycznia br. podjęła współpracę z inną firmą, która w miarę jasno określa warunki. Zanim przejrzała moje dokumenty, chyba mi nie wierzyła w to co jej opowiadałam, bo to dla Polaka jest nie do ogarnięcia a co dopiero dla Niemca! Podejrzewam, że wiele niemieckich rodzin niewiele na ten temat wie, bo polskie firmy nie tylko nas ogłupiają! Zanim córka państwa X. zmieniła firmę, ta z którą wówczas współpracowałyśmy, 13 grudnia, na moment przed świętami Bożego Narodzenia, wysłała do dwóch starszych, chorych osób dwudziestopięcioletnią dziewuszkę, z którą umowę na wyjazd podpisali na dwie godziny przed wyjazdem na kontrakt! W dokumentach wpisano jej roczne doświadczenie!! Dziewczyna od razu zapowiedziała, że na święta wraca do domu, o czym firma nie raczyła poinformować rodziny, grali na zwłokę; czas ich naglił a chętnych w takim okresie jak na lekarstwo! Nawet te ich bonusy, jak widać nie motywują! Może dlatego, że to polskie bonusy!! Wróciłam do domciu po 6 tygodniach i poinformowałam firmę, że skończyliśmy współpracę. Wysłali mnie na dwa kontrakty i dwa razy zostałam przez nich oszukana! Tyle mi w zupełności wystarczy, żeby nie dać się po raz kolejny, ale czy się udało? O tym innym razem…

Opublikowano Aby do emerytury..., Jak nie wiadomo o co chodzi..., Praca | Dodaj komentarz

Myślenie nie boli…

aniołekKończę pracę w swoim starym zakładzie
i czas na wyjazd, po raz drugi i ostatni
z firmą P., gdyż nie lubię być nabijana
w butelkę…, ale po kolei…
Dzwonię do firmy, że jestem gotowa
do wyjazdu i zaczyna się procedura.
Po kilku dniach otrzymuję propozycję, mogłoby się wydawać, nie do odrzucenia. Pani przedstawia mi ofertę i wszystko wydaje się być w porządku, więc proszę
by przesłała mi dane na adres mailowy
i tu okazuje się, że pani przemilczała to i owo, poza tym dostaję dane jednej osoby
a telefonicznie poinformowała mnie o małżeństwie. Odpowiadam na e-mail i pani dosyła mi w kilku słowach dane o panu X. Nie jest to jednak dokument, którego oczekiwałam
i nie dostanę takowego, gdyż cyt.: „komputer nie generuje takiego dokumentu
w przypadku dwóch osób”. Cóż za absurd droga pani!! A może chodzi tutaj o pieniążki,
które kasujecie za dwie osoby, płacicie jałmużnę opiekunkom a za resztę hulacie na swoich balach, przy czym wciskacie nam jakieś idiotyzmy.
No nic, powiedziałam A, więc się nie wycofuję i nie dlatego droga pani, że „teraz nie mogę się już wycofać”, bo umowy jeszcze nie podpisałam, więc jeszcze wszystko mogę,
ale dlatego, że tak już mam, że nie robię z gęby cholewy.
Żeby tego było mało, okazuje się, że czeka mnie kolejna niespodzianka…
Wyjazd mam z Opola o 22.00!! Organizuję durna transport i jadę na busa. Siedzimy
z przodu jak śledzie, na nieszczęście siedzę obok kierowcy, który ok. 3 w nocy, zaczyna ziewać, jeść, pić. Robi wszystko, żeby mieć jakieś zajęcie, pewnie po to, by nie przysnąć.
Po piątej pytam szanownego kierowcy kiedy zmienia się z kolegą, bo na wszelkie możliwe sposoby walczy z sennością. Pan mnie informuje, że za 15 minut będą „na pierwszym adresie” i robią zmianę. Otóż w ciągu tych 15 minut może zdarzyć się wiele, a pan ma
w busie komplet! Może jemu życie już nie miłe, ale mnie owszem. Na miejsce docieram około 11.00 i okazuje się, że ci sami kierowcy około 15-ej zabierają dziewczynę,
którą przyjechałam zmienić… Może w międzyczasie się wyspali, bo w Polsce będą następnego dnia, bardzo wczesnym rankiem…
Pan odbiera koleżankę i znowu poruszamy temat sennego kierowcy, a on informuje mnie, że ma tak zawsze. Szkoda, że kiedy słyszymy o tragediach na drogach, jesteśmy przekonani, że nas to nie dotyczy, nigdy nie dotknie ani nas, ani naszych bliskich…
Do czasu jednak, bo kiedy wsiadamy zmęczeni za kółko i przemierzamy tysiące kilometrów, z niewielkimi przerwami na „odpoczynek”, na tragedię narażamy nie tylko siebie, ale i pasażerów.
Dzięki Bogu mam wybór między przewoźnikami i już wiem z którego już nie skorzystam.
Tym razem szczęśliwie dotarliśmy do celu, a co czekało mnie na miejscu, opowiem Państwu „na dniach”…

Opublikowano Wkrótce... | Dodaj komentarz

Powrót do przeszłości…

33m
Wracam do swojej starej firmy i czuję się
w tej robocie jak ryba w wodzie. Mnóstwo znajomych twarzy, w zasadzie prawie wszystkie, z niewielkimi wyjątkami.
W międzyczasie wstąpiliśmy do EU,
co spowodowało mniejsze czy większe zmiany, do wielu rzeczy podchodzi się bardziej rygorystycznie, ale ma wątpliwości czy to aby na pewno wymogi Unii…

Staję przy taśmie i okazuje się, że „tego się nie zapomina”, tym bardziej, gdy czujesz
tę robotę całą sobą (wcześniej wspomniałam już o tym skrzywieniu). Po kilku dniach decyduję się na przejście na przeciwną zmianę, bo tam potrzebują więcej ludzi i kiedy okazuje się, że mogę na niej zostać, zostaję. Jest jakoś spokojniej… Z urlopu wraca majster, który postanawia, że popracuję na zmywaku i tam też w poniedziałek zostaję oddelegowana. We wtorek majster stwierdza, że ja pójdę „do siebie”, tak mnie tam sobie wkleił na kolejne dzionki, więc w czwartek zapytałam pana majstra czy ja już jestem przypisana na stałe do tego zmywaka, bo mam inny pomysł na życie, a na zmywaku raczej nie czuję się „u siebie”. W zasadzie nie po to „zawiesiłam” umowę z P. i nie pojechałam do Niemiec, żeby w zakładzie, gdzie jestem dobrą zbieraczką i staram się dać z siebie 120%, stać na zmywaku i przyciskać przyciski w zmywarce. Od piątku znowu wracam na produkcję i tak jest do końca.
Szkoda, że po trzech miesiącach kończy się ta przygoda, ale fajnie było wrócić,
chociaż na chwilę. Mam nadzieję, że to nie był mój ostatni raz w tej firmie, bo tam również, nie wiedzieć czemu, mój mózg wydziela jakby więcej endorfin a tego nam w życiu trzeba…

Opublikowano Aby do emerytury..., Praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Powrót na stare śmieci…

(...)

Na początku pragnę podzielić się wiadomością, że właśnie padł rekord wejść na mojego bloga. Od wczoraj było ich tyle,
ile przez cały (najpoczytniejszy) grudzień 2013r., co nie ukrywam bardzo mnie cieszy
i motywuje do dalszej pracy.

 

Więc startujemy.

Kończy się czerwiec a przede mną perspektywa wyjazdu…
Dokąd pojadę, czy podopieczna nie okaże się kolejną specyficzną panią B., czy podołam?
A może tym razem trafię na fajnych ludzi i będzie „rodzinnie”…
Z zadumy wyrywa mnie telefon. W sierpniu zeszłego roku złożyłam dokumenty aplikacyjne w firmie, w której przed laty pracowałam, i z takich czy innych względów po urlopie wychowawczym nie mogłam wrócić…
Szukają. Konsternacja, bo umowę z P. mam do końca lipca a tutaj chciałabym bardzo. Informuję kadrową, że załatwię sprawę z firmą, gdzie jestem na Umowę zlecenie
i oddzwonię. Sprawy dzieją się błyskawicznie, bo jakby co to jutro lekarz, szkolenie,
odbiór odzieży ochronnej i takie tam.
Wszystko poszło pomyślnie i jestem gotowa wrócić na stare śmieci, na chwilę, bo na chwilę, ale zawsze coś. Poza tym robota na produkcji, co kocham i czasami zastanawiam się czy to nie jest aby jakieś skrzywienie psychiczne, ale o tym „na dniach”…

Osoby odwiedzające mojego bloga, zachęcam również do pozostawienia po sobie śladu
w postaci komentarza, opinii, itp.

Opublikowano Aby do emerytury..., Praca | Dodaj komentarz